Artykuł Piotra Stanisławskiego. Przegrywamy kolejne bitwy w wojnie, która miała być wygrana. Niemal wytępione dziecięce choroby zakaźne atakują nieprzygotowanych przeciwników – dorosłych
Wydawało się, że zwyciężyliśmy. Pierwszy celny cios zadaliśmy ponad 60 lat temu, gdy pojawiły się szczepionki przeciwko krztuścowi – upiorna choroba zabijająca niemowlęta zaczęła ustępować. Kolejne wygrane potyczki następowały szybciej – w 1963 roku zaatakowano odrę, w latach 70. wygrano bitwę z różyczką, dekadę później uderzono w świnkę, a w 1997 roku wynaleziono skuteczną broń przeciwko niepokonanemu dotąd przeciwnikowi – ospie wietrznej.
Poczuliśmy się pewnie. Zbyt pewnie. Tymczasem zakaźne choroby wieku dziecięcego to bardziej przebiegli przeciwnicy, niż można by się spodziewać, a my najwyraźniej ich nie doceniliśmy. A przecież, jak pisał 2600 lat temu w „Sztuce wojennej” Sun Zi, „człowiek bez strategii, który lekceważy sobie przeciwnika, nieuchronnie skończy jako jeniec”.
Cóż, strategia była, ale nie dość przemyślana, bo pozornie pokonane choroby zaatakowały dziś w sposób, którego się nie spodziewaliśmy. I odnoszą kolejne zwycięstwa.